informacja medyczna | informacja medyczna | informacja motoryzacyjna | informacja budowlana | windykacja | praca | sprzedam | sprzedam
zarejestruj się |
zaloguj się
medyczne: informacja medyczna lekarz stomatolog weterynarz ogłoszenia zwierzęta klinika badanie sanatorium lekarze zdrowie lekarz
prawnicze: prawnik prawnicy windykacja komisariat ochroniarze sąd rejonowy sąd okręgowy sąd apelacyjny urząd miejski komornicy odsetki ustawowe odsetki podatkowe
budowlane: informacja budowlana ranking fachowców fachowiec działki budowlane
motoryzacyjne: informacja motoryzacyjna ranking mechaników pomoc drogowa holowanie
ogłoszeniowe: sprzedam praca baza adresowa platforma handlowa kwiaty na telefon wrocław centrum ogłoszeń prasowych
wybierz kategorię
 

BEVIRO SHOP

moje ogłoszenia
Informacje
Odwiedziny strony: 131067
Reklama
Nazwa:
BEVIRO SHOP
Adres:
Żwirki i Wigóry 15
05-220 Warszawa , mazowieckie
Telefon:
---
---
www:
e-mail:
---
Kontakt:
Napisz do nas - czekamy na Twój kontakt 24h
godziny pracy ... zobacz ...
sprawdź inne formy kontaktu ... zobacz ...
rejestracja telefoniczna ... zobacz ...
rejestracja internetowa ... zobacz ...
kliknij tutaj ...
Dodaj opinię
Zwiń formularz
Przedstaw swoje stanowisko:
     

Treść Twojej opinii:


Podpis:

Twój adres e-mail:


W celu zabezpieczenia antyspamowego
aby dodać opinię należy przepisac kod z obraza poniżej.
Zwiń formularz
Osób na stronie: 2
| Popularność:
0.2 | Ocena:
2.8 (głosów 603)

Opinie o mnie

Wartość opinii:
2.8
Pozytywnych:
308  
Neutralnych:
51  
Negatywnych:
244  
Łącznie:
603  

Dodaj opinię

Pokaż opinie:              
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488805
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: Marki 488722
W celu tuszowania negatywnych opinii, firma zasypuje forum swoją zawartością. Dlatego warto przewinąć stronę, poszukać innych platform i zapoznać się z innymi opiniami. Kostka brukowa, którą sprzedają, jest trzeciej jakości, a ostateczne rozliczenie jest bardzo kosztowne. Umowa z firmą Peczynski nie jest opłacalna. Firma brukarska z Marek wprowadziła zmianę nazwy w tytule przez administratora, więc nie pozwólmy, aby ten oszust zmanipulował nas. Marki ul. Piłsudskiego ul.Lisia
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Negatywna
Autor: autor 488708
Szanowni Państwo. Proszę nie sugerować się, pozytywnymi wpisami, odnośnie firmy BRUK Robert Peczyński. Wszystkie pozytywne opinie na temat tej firmy, są publikowane, przez córkę i syna Peczyńskiego, który dysponuje kilkunastoma stanowiskami komputerowymi, serwerami i tym podobnymi rzeczami, które ułatwiają Peczyńskiemu, kontrolę nad negatywnymi wpisami. Firma BRUK Robert Peczyński, to banda oszustów i naciągaczy, którzy bez żadnych skrupułów, wykorzystują nie uwagę klientów, którzy podpisują z Peczyńskim umowę, na zakup i ułożenie kostki brukowej. Wszystko jest pięknie i ładnie, do momentu otrzymania rozliczenia końcowego od firmy BRUK Robert Peczyński. Po otrzymaniu rozliczenia, okazuje się, że cena za zakup i ułożenie kostki, wzrasta trzykrotnie. Mało tego, w moim przypadku, została ułożona kostka, trzeciego gatunku. Oczywiście sprawa trafiła do sądu, gdzie właściciel Robert Peczyński, wraz ze swoim adwokatem, usilnie przedstawiają, jak to właśnie firma BRUK, została oszukana przez klienta, który jest nie świadomy tego, jaką umowę podpisuje z firmą BRUK Robert Peczyński. Z moich informacji wynika, że od roku 2016 tego, firma BRUK Robert Peczyński, jest w sporze sądowym z ponad 115 pokrzywdzonymi klientami , którzy zostali w jakiś sposób, oszukani przez firmę BRUK Robert Peczyński. Sam właściciel firmy BRUK, jak i jego rodzina, nie ma najmniejszego poważania w mieście Marki. WSZYSTKICH PRZESTRZEGAM PRZED FIRMĄ BRUK ROBERT PECZYŃSKI!!!!!!! Nie dajcie się oszukać, tak jak dało się oszukać ponad stu klientom, którzy teraz ponoszą konsekwencje, współpracy z Firmą BRUK. Jest tyle porządnych firm brukarskich, które nie okradają klientów i z najwyższą starannością wykonują swoje usługi. NIE DLA OSZUSTWA PRZEZ FIRMĘ BRUK ROBERT
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488665
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488630
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488610
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488577
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488555
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488522
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488474
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488439
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488420
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488401
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488354
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu, osiadając mi na twarzy lśniącą warstewką, a jego woń mieszała się z zapachem kadzidełek. Oszołomiony zgiełkiem, szedłem za Jangiem, przemykającym się obok akrobatów i chińskich aktorów uderzających w gongi. Handlarze medykamentami przekłuwali szyje olbrzymich, białych gęsi, oferując przechodniom filiżanki parującej krwi, podczas gdy oszalałe ptaki tupały nogami i gęgały, jeśli zdarzyło mi się podejść za blisko. Gdy Jang szeptał coś na ucho rozdającym karty do mah jong lub mariasza, patrzyłem między ich nogami na odsłonięte klozety w ustępach i na wzbudzające lęk bożki u wejścia do świątyni, na tajemnicze salony masażu z eleganckimi Chinkami, o wiele bardziej oszałamiającymi niż Olga, w wyszywanych sukniach ze stójkami i odsłaniającymi uda pęknięciami z boku. Jednak w tamtą sobotę lunapark był zamknięty. Estrady, stragany z suszonymi rybami i budki z listami miłosnymi rozebrano, a władze miejskie przeznaczyły tę starą budowlę na obóz dla uchodźców. Setki rozgorączkowanych Chińczyków próbowało się wcisnąć do zrujnowanego budynku, otoczonego kordonem policjantów-Sikhów w turbanach koloru khaki z ciemnymi plamami potu. Sikhowie smagali bezzębnych wieśniaków długimi bambusowymi szpicrutami. Tęgi brytyjski sierżant policji wymachiwał służbowym rewolwerem tuż przed nosami przypominających małpy staruch z obwiązanymi stopami, próbujących się prześlizgnąć obok niego do środka; waliły go w pierś kościstymi pięściami. Stałem na chodniku po drugiej stronie ulicy, nasłuchując syren dobiegających od strony rzeki, które przywodziły na myśl potężny jęk ślepych bestii prowokujących się nawzajem. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie wojna dotarła już do Szanghaju. Poszturchiwany przez chińskich urzędników, jechałem wzdłuż krawężnika. Przecisnąłem się obok wozu pancernego szanghajskiej policji z karabinem maszynowym Thompsona umocowanym nad szoferką. Zadyszany, przystanąłem przed wejściem do zakładu pogrzebowego, by odpocząć. Starszy właściciel siedział między trumnami w głębi pomieszczenia, białymi palcami przerzucając paciorki liczydeł. Ich stukot odbijał się echem od pustych trumien. Przypomniał mi się pewien przesąd, który plastycznie objaśniał Jang, robiąc prztyczka palcami tuż przed mym nosem: „Kiedy zaskrzypi trumna, chiński grabarz wie, że wkrótce ją sprzeda...” Słuchałem liczydeł, próbując dojrzeć, czy trumny drgają z trzaskiem. Wkrótce w Szanghaju zaskrzypi ich wiele. Palce starego Chińczyka zaczęły się przesuwać szybciej; przyglądał mi się pustymi, rozmarzonymi oczami. Czy sumował tych wszystkich, którzy niebawem umrą w Szanghaju? Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Biały lincoln zephyr z trudem przeciskał się przez rzekę pojazdów, kłębowisko kulisów z rikszami i uchodźców próbujących staranować wejście do lunaparku. David Hunter klęczał na tylnym siedzeniu obok swej australijskiej niani, obserwując ulicę. Zapomniałem o trumnach i stukających liczydłach i zacząłem pchać rower wzdłuż krawężnika, wiedząc, że David na pewno mnie zauważy, gdy tylko ruch pojazdów się zmniejszy. Z jednego z biurowców dał się słyszeć głos syreny alarmowej oznajmującej nalot, którą zagłuszył ciężki, nieprzerwany łoskot jakby walącego się nieba. W moją stronę biegł z wrzaskiem kulis, z naręczami drewna opałowego na bambusowych nosidłach. Pod ich ciężarem żyły na barkach tak mu nabrzmiały, że przypominały grube robaki. Wpadł na mnie i wytrącił mi rower. Pochyliłem się, by rozetrzeć skaleczone kolano, próbując jednocześnie złapać kierownicę, ale setki biegnących nóg przewróciły mnie na ziemię. Zdyszany leżałem wśród starych losów loteryjnych, podartych gazet i sandałów z łyka. Tuż obok przejechał biały lincoln. Bawiąc się kosmykiem jasnych włosów, David przyglądał mi się uważnie przez boczne okno; nie rozpoznał mnie, ale zdumiało go, czemu angielski chłopiec w bluzie od mundurka uczniów szkoły katedralnej wybrał sobie właśnie taką chwile, aby położyć się w brudnym rynsztoku. Syreny zawodziły płaczliwie. Chińscy urzędnicy, biuralistki i kelnerzy z hotelu biegli od strony Bundu wzdłuż Nanking Road. Za nimi wznosił się gęsty całun białej pary nad rzeką Huangpu; błyski strzałów odbijały się we wzburzonej tafli wody. Powyżej krążyły trzy bombowce; przechylając się na boki pruły popielatą mgłę. Eskadra chińskich samolotów bombardowała „Izumo” i japońską przędzalnię bawełny w Jangcypu, niespełna dwa kilometry od Bundu, za Garden Bridge. Szyby w oknach biurowców przy Thibet Road drżały od huku ciężkich dział. Minął mnie tramwaj jadący w kierunku Bundu – pasażerowie wyskakiwali w biegu na jezdnię. Wysoko nad nimi, na dachu budynku Socony-Vacuum, stała grupka obojętnych Europejczyków w białych strojach tenisowych, z lornetkami w rękach, wskazując sobie co bardziej interesujące szczegóły spektaklu. Czy naprawdę zaczęła się wojna? Spodziewałem się czegoś równie zorganizowanego i zdyscyplinowanego, jak podczas wojskowych capstrzyków. Samoloty leniwie pruły powietrze, jakby piloci byli znudzeni zleconym im zadaniem i okrążali „Izumo” po prostu dla zabicia czasu przed powrotem do bazy. Francuskie i brytyjskie okręty stały na cumach w pobliżu nabrzeża Pudong, z ich mostków błyskały światełka sygnalizacyjne, zawierające zwięzły komentarz tego, co się działo w dole rzeki. Podniosłem rower, wyprostowałem kierownicę i strzepnąłem kurz z bluzy – gorliwi młodsi nauczyciele ze szkoły lubili w wolnych chwilach krążyć po mieście, by później zgłaszać nazwiska niestarannie ubranych uczniów spotkanych na ulicach. Ruszyłem za pustym tramwajem jadąc między lśniącymi torami. W pobliżu Bundu konduktor wyskoczył z wagonu, wymyślając motorniczemu i wymachując skórzaną torbą na pieniądze. Ostrzegawczy dzwonek tramwaju rozbrzmiewał w pustej ulicy obserwowanej przez grupki chińskich urzędników tłoczących się w drzwiach biurowca. Fontanna wody wytrysnęła obok dziobu „Izumo”, zawisła przez moment, a potem opadła gwałtowną kaskadą. Bryzgi rozpędzonej piany przecięły powietrze i poszybowały wysoko ponad antenami radiowymi i masztami starego krążownika. Druga eskadra chińskich bombowców uformowała się w szyk nad Huangpu, w połowie drogi między Bundem i Pudong, gdzie znajdowała się przędzalnia bawełny mego ojca; przesłaniała ją chmura gęstego dymu. Jeden z samolotów pozostał w tyle, pilotowi nie udało się utrzymać pozycji w szyku. Przechylał maszynę to na jedno skrzydło, to na drugie, jak piloci wyczynowi podczas pokazów lotniczych na lotnisku w Hungjao. – Jamie, zostaw rower! Jedź z nami! Białe błotniki lincolna zephyra skradały się za mną. Australijska niania Davida wołała do mnie, wymachując rękami za plecami przestraszonego chińskiego szofera. Jedną dłonią poprawiała słomkowy kapelusz, a drugą wyciągnęła do mnie. Siostra Arnold była zawsze miła i bezpośrednia, znacznie przyjemniejsza od Olgi, dlatego zdumiałem się widząc ją zdenerwowaną. David rozpoznał mnie, w jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Odgarnął z czoła jasne włosy, świadom tego, że za chwilę odniesie pierwszy sukces w naszej gigantycznej zabawie w chowanego. „Izumo” rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu. Zwoje oleistej pary spowijały dziób okrętu. Przez czarne jak sadze chmury widziałem błyski ognia dział przeciwlotniczych, a ich terkot zagłuszał monotonny ryk chińskich bombowców. – Jamie, ty głuptasie...! Ruszyłem w stronę ściany huku i dymu. Z okien budynku przy Szechuan Road, należącego do mojego ojca, wyleciały szyby. Urzędniczki wybiegły na ulicę – ich białe bluzki upstrzone były cienkimi igiełkami szkła. Przednie koło roweru podskoczyło na kawałku urwanego gzymsu. Kiedy poprawiałem pedały, nisko sunący bombowiec odłączył się od pozostałych, ostrzeliwanych przez japońskie działa przeciwlotnicze. Przeleciał nad Bundem, ukazując otwarte luki, i zrzucił dwie bomby nad pustymi sampanami przycumowanymi do nabrzeża. Wsiadłem na rower, chcąc lepiej zobaczyć fontanny wody, ale para czyichś silnych ramion ujęła mnie pod pachy. Brytyjski sierżant policji porwał mnie na ręce, kopnął rower i przycupnął obok stopni budynku Socony. Kiedy przyciskał mnie do biodra, metalowy spust rewolweru zdarł mi skórę na kolanie. Walące się ściany hoteli i domów towarowych przy Nanking Road wypełniały ulicę białym pyłem. Fala gorącego powietrza uderzyła mnie w pierś i rzuciła na ziemię obok sierżanta. Przez tumany kurzu biegli w naszą stronę chińscy urzędnicy z podniesionymi do góry rękami, twarze zalewała im krew. Jedna z zabłąkanych bomb trafiła w hotel Palace, a druga spadła w alei Edwarda VII obok lunaparku. Domy przy Szechuan Road drżały, strząsając na ulicę kaskadę potłuczonych szyb i dachówek. Stateczna Eurazjatka wysiadła z samochodu stojącego przy krawężniku. Z ucha płynęła jej krew. Dyskretnie wytarła ją jedwabną chusteczką. Sierżant policji pchnął mnie w kierunku kobiety. – Proszę się nim zaopiekować! – Potrząsnął mną, jakbym był śpiącą lalką, którą chciał obudzić. – Chłopcze, zostań z panią! – zawołał i pobiegł w stronę Nanking Road. Eurazjatka puściła mnie i dała znak ręką, bym sobie poszedł, zbyt oszołomiona, żeby przejmować się moją osobą. Po nodze ściekała mi krew plamiąc białe skarpetki. Patrząc na cienką strużkę zauważyłem, że zgubiłem jeden but. W głowie czułem pustkę; dotknąłem ręką twarzy, by się upewnić, że nadal jest na miejscu. Wybuchy wyssały całe powietrze z ulicy i trudno było oddychać. Eurazjatka skinęła na mnie machinalnie i ruszyła przez ruiny, wycierając kurz ze skórzanej torebki. Z ucha kapała jej krew. Kobieta patrzyła na pozbawione szyb okna, próbując rozpoznać te, które należały do jej mieszkania. W oddali zajęczały syreny radiowozów, minął nas ambulans Ochotniczych Sił Szanghaju miażdżąc oponami odłamki szkła. Uświadomiłem sobie, że nic nie słyszę, ale wszystko wokół mnie też ogłuchło, jakby świat nie mógł dłużej siebie słuchać. Większość domów w promieniu dwustu metrów od lunaparku zniknęła. Z ruin unosił się dym, zerwany kabel elektryczny iskrzył i podskakiwał niczym petarda. Setki martwych Chińczyków leżało na ulicach między połamanymi rikszami i wypalonymi samochodami. Ich ciała pokrywał biały, miejscami poszarzały kurz. Wyglądali, jakby próbowali się zamaskować. Idąc między nimi potknąłem się o starą amah leżącą na wznak – nabrzmiałą twarz miała przysypaną białym pyłem; spoglądała na mnie z naganą. Urzędnik bez rąk siedział oparty o tylne koło wypatroszonego autobusu. Pomiędzy gruzami lunaparku walały się ludzkie kończyny, kawałki kadzidełek, strzępy kart do gry, połamane płyty gramofonowe, część łba wypchanego wieloryba. Wszystko przyprószone było pyłem. Rozwinięty kupon jedwabiu pokrywał ulicę niczym biały bandaż, spowijający odłamki gruzu i pourywane ręce. Czekałem, aż ktoś mnie zawoła, ale powietrze wypełniała dzwoniąca cisza, jak przerwa między sygnałami ostrzegawczymi. Nie mogłem już dłużej słuchać odgłosu pękających pod mymi nogami odłamków szkła i wróciłem do lincolna zephyra Hunterów. Szofer w jasnym uniformie stał obok otwartych drzwiczek, ścierając pył, który pokrył przednią szybę. David siedział z tyłu z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie zwrócił na mnie uwagi – wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w rozdartą tapicerkę. Spojrzałem przez pozbawione szyb okno na siostrę Arnold leżącą w poprzek przedniego siedzenia. Włosy opadły jej na twarz, siła wybuchu wepchnęła je kobiecie do ust. Ręce miała rozrzucone; wyeksponowane białe dłonie świadczyły, że przed śmiercią starannie je umyła. * * * Kiedy David odwiedził mnie później w szpitalu, spytał o krew na mojej nodze. Dziwne, ale była to jedyna krew, jaką widział podczas „Krwawej Soboty”. – Zostałem trafiony odłamkiem bomby – powiedziałem. Przechwalałem się, ale okazało się, że robiłem to bardziej przekonywająco, niż myślałem. Bomba, która spadła obok lunaparku, zabiła tysiąc dwanaście osób, prawie wyłącznie chińskich uciekinierów. Wszyscy w kółko powtarzali – dumni, że Szanghaj znów przeszedł sam siebie – iż była to największa liczba ofiar pojedynczej bomby w historii ataków lotniczych. Dzięki trywialnej ranie od spustu rewolweru sierżanta policji, znalazłem się wśród tysiąca siedmiu osób, które odniosły obrażenia. Chociaż nie byłem najmłodszym z poszkodowanych, lubiłem sobie wyobrażać, że jestem owym tysiąc siódmym, i liczbę tę wypisałem atramentem na ramieniu. Zanim Japończykom udało się wyprzeć Chińczyków z Szanghaju, nastąpiły miesiące zaciętych walk wokół koncesji międzynarodowej, podczas których zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy i cywilów. Ale bomba, zrzucona omyłkowo przez chińskiego pilota na aleję Edwarda VII, nabrała specjalnego znaczenia w mitologii wojny, świadcząc w dobitny sposób, że niebo może się okazać źródłem masowej zagłady. Leżąc w szpitalu nie myślałem o bombie obok lunaparku, ale o moich żołnierzykach porozstawianych na podłodze w pokoju zabaw. Nawet kiedy ekipa ratowników z Ochotniczych Sił Szanghaju niosła mnie przez pokryte pyłem ulice do ambulansu, myślałem o tym, że muszę przeformować szyki bojowe ołowianych armii. Widziałem prawdziwą wojnę, na którą czekałem tak niecierpliwie, i gnębiło mnie niewyraźne poczucie winy, że w moich zestawach jaskrawo pomalowanych żołnierzyków brakuje figurek martwych Chińczyków. Od czasu do czasu odzyskiwałem na moment słuch, ale wzbudzający grozę odgłos japońskiej artylerii, uderzający w okno szpitala, zdawał się dobiegać z zupełnie innego świata. Jednak po kilku dniach wspomnienia nalotu zaczęły blednąć. Próbowałem zapamiętać pył i gruzy Szechuan Road, ale zamazane obrazy tego, co widziałem, zaczęły mi się plątać z kronikami z hiszpańskiej wojny domowej i relacjami filmowymi z manewrów armii francuskiej i brytyjskiej. Walki na zachodnich przedmieściach Szanghaju przesłoniły okno kurtyną dymu, który rozwiewał jesienny wiatr, ukazując płonące czynszówki w Nantao. Pielęgniarki i lekarze badający mi uszy swymi kamertonami, Olga i koledzy szkolni, matka i ojciec podczas wieczornych wizyt przypominali mi aktorów niemych filmów wyświetlanych przez ojca Davida Huntera na ścianie pokoju jadalnego. Bomba, która zniszczyła lunapark i zabiła ponad tysiąc osób, stała się również częścią owych filmów. Minęły trzy miesiące, nim mogłem wrócić na Amherst Avenue. Pociski artyleryjskie z rywalizujących ze sobą chińskich i japońskich haubic na stacji Siccawei i w Hungjao przelatywały ponad dachem naszego domu, więc rodzice przenieśli się do apartamentu w koncesji francuskiej. Bitwa o Szanghaj toczyła się wokół murów koncesji międzynarodowej, wprawiając w drżenie drzwi mieszkania i często unieruchamiając windę. Kiedyś razem z Olgą przez godzinę siedzieliśmy w metalowej klatce. Moja opiekunka, zazwyczaj taka cicha, przez cały czas zasypywała mnie potokiem słów, dobrze wiedząc, że nic nie słyszę. Często zastanawiałem się, czy ta dziewczyna przypadkiem nie obwinia mnie o to, że wybuchła wojna, chociaż w oczach Olgi byłoby to najmniejsze z moich przewinień. W listopadzie chińskie armie zaczęły się wycofywać z Szanghaju, podążając wzdłuż Jangcy do Nankinu. Zostawiły za sobą zdewastowane przedmieścia, które natychmiast znalazły się pod japońską okupacją. Japończycy otoczyli koncesję międzynarodową czołgami i stanowiskami broni maszynowej. Wreszcie mogliśmy wrócić na Amherst Avenue. Podczas gdy rodzice rozmawiali ze służbą, ja pobiegłem do pokoju zabaw, pragnąc jak najszybciej ujrzeć armię żołnierzyków. Ktoś odsunął na bok uczestników miniaturowej bitwy o Szanghaj. Połamane żołnierzyki leżały obok kolejki i samochodzików. Ktoś, może Kulis albo Chłopiec numer 2, używał Robinsona Crusoe w charakterze popielniczki – gasił na okładce do połowy wypalone papierosy, wyglądając nerwowo przez okno. Przez moment chciałem się poskarżyć ojcu, ale wiedziałem, że służący byli nie mniej przerażeni ode mnie. Zebrałem żołnierzyki i próbowałem się nimi bawić, lecz moje obecne bitwy wydawały się poważniejsze od batalii, które toczyłem w pokoju przed „Krwawą sobotą”. Kiedy razem z Davidem ustawialiśmy wrogie armie, czułem się nieswojo wiedząc, że w głębi duszy próbowaliśmy się nawzajem zabić. Na wspomnienie pourywanych rąk i nóg widzianych przed lunaparkiem schowałem figurki do pudełka. Ale podczas Bożego Narodzenia otrzymałem nowe komplety żołnierzyków: Seaforth Highlanders w bojowych kiltach koloru khaki i Coldstream Guards w niedźwiedzich skórach. Ku memu zaskoczeniu, miesiące walk wokół miasta nie wpłynęły na życie w koncesji międzynarodowej, jakby bezwzględna wojna była czymś w rodzaju szczególnie brutalnej rozrywki, niczym publiczne egzekucje na Starym Mieście. Neony świeciły jeszcze bardziej jaskrawo nad czterystoma szanghajskimi nocnymi klubami. Ojciec grywał w Country Clubie w krykieta, a matka organizowała wieczorki brydżowe i wydawała przyjęcia. Występowałem w roli pazia podczas uroczystych ślubów w Klubie Francuskim. Bund zatłoczony był statkami handlowymi i sampanami załadowanymi kilometrami wzorzystego perkalu, produkowanego przez zakłady ojca na potrzeby eleganckich Chinek. Wielkie firmy importowo-eksportowe z Szechuan Road miały większe obroty niż dawniej. Stacje radiowe nadawały amerykańskie słuchowiska przygodowe, w barach i na dancingach kręciło się mnóstwo Dziewczyn numer 2 i 3, a garnizon brytyjski znów organizował wojskowe capstrzyki. Nawet Diabelscy Jeźdźcy wrócili z Manili, by rozbijać się w swoich autach. Podczas gdy odległa wojna między Japonią i Czang Kaj-szekiem toczyła się w głębi Chin, w kasynach kręciły się koła ruletki, przędąc sny o dawnym Szanghaju. Jak gdyby chcąc przypomnieć sobie o wojnie, pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice wraz ze znajomymi wybrali się, aby obejrzeć tereny walk na zachód od Szanghaju. Najpierw wzięliśmy udział w przyjęciu wydanym przez brytyjskiego konsula generalnego; panie ubrane były w najlepsze jedwabne toalety, mężczyźni – w najbardziej eleganckie szare garnitury i panamy. Gdy kawalkada samochodów zatrzymała się na punkcie kontrolnym przy Keswick Road, czekałem, kiedy japońscy żołnierze nas zawrócą, ale puścili wszystkich bez słowa, jakbyśmy nie byli warci nawet jednego spojrzenia. Pięć kilometrów za miastem zatrzymaliśmy się na opustoszałej drodze. Do dziś pamiętam pole bitwy pod cichym niebem i spaloną wioskę w pobliżu nie używanego kanału. Szoferzy otworzyli drzwiczki i wyszliśmy na drogę pokrytą kawałkami złota. U naszych stóp walały się setki łusek od nabojów karabinowych. Porzucone okopy biegły między kopcami pogrzebowymi, z których wystawały otwarte trumny, niczym szuflady splądrowanej komody. Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i generał Czang Kaj-szek myślicie o niej nieustannie. Jestem pewna, że chciałby się z tobą spotkać. – Cóż, jestem gotów... – Tak się składało, że czasem odnosiłem wrażenie, iż generalissimus nie poświęca wystarczająco dużo uwagi tej sprawie. – Olgo, czy wiesz, kiedy zacznie się wojna? – A czy już się nie zaczęła? Wszyscy mówią, że tak. – Chodzi mi o prawdziwą wojnę, Olgo. O wojnę w Szanghaju. – Czy ta będzie prawdziwa? W Szanghaju nic nie jest prawdziwe, Jamesie. Czemu nie spytasz swego ojca? – Nie wie. Pytałem go po śniadaniu. – Szkoda. Czy wielu rzeczy nie wie? Wciąż mając na sobie peniuar, Olga usiadła na łóżku ojca i zaczęła wygładzać ręką zmarszczki na atłasowej narzucie. Pieszczotliwym gestem wodziła po wgłębieniu pozostawionym przez ramiona ojca i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wsunie się między prześcieradła. – Wie dużo rzeczy, ale... – Przypominam ci, Jamesie, że dziś trzynasty i piątek. Czy to dobry dzień, by zaczynać wojnę? – Ależ Olgo...! – Nagle wszystko stało się jasne. Podbiegłem do okna – już wcześniej zauważyłem, że przesądy wcale nie są takie niedorzeczne. – Powiem ci, jeśli cokolwiek zobaczę. Dziewczyna stanęła za mną i gładziła uspokajająco moje ucho. Choć bardzo lubiła przymierzać suknie matki i wdychać ostry zapach kurtki ojca do konnej jazdy, rzadko mnie dotykała. Patrzyła na odległy horyzont za Bundem. Z kominów starszych okrętów, wyposażonych w kotły opalane węglem, unosił się dym. Czarne słupy rozpychały się, walcząc o przestrzeń, gdy statki zmieniały miejsce cumowania, dając sobie nawzajem znaki gwizdami syren. Przyćmione światło nadawało twarzy Rosjanki boleściwy wygląd pomników nagrobnych o spiczastych nosach, znanych mi z cmentarza w Szanghaju. Uniosła peniuar i spoglądała przez cienką niczym woal tkaninę, jakby śniła sen o nie istniejącej carskiej Rosji. – Tak, Jamesie, myślę, że specjalnie dla ciebie rozpoczną wojnę dzisiaj... – Dziękuję, Olgo. Ale zanim zaczęła się wojna, matka i ojciec wrócili niespodziewanie z Country Clubu. Razem z nimi przyjechali dwaj brytyjscy oficerowie Ochotniczych Sił Szanghaju w obcisłych mundurach z czasów pierwszej wojny światowej. Próbowałem wślizgnąć się za gośćmi do gabinetu ojca, lecz matka zabrała mnie do ogrodu i zaczęła pokazywać złote wilgi, pijące wodę na skraju basenu. Było mi przykro, gdy widziałem jej niepokój, bo wiedziałem, że w przeciwieństwie do Olgi, należała do osób, które nigdy niczym nie powinny się martwić. Aby nie przydawać jej dodatkowych strapień, resztę popołudnia spędziłem w swym pokoju zabaw. Słuchałem syren floty bojowej i ustawiałem ołowiane żołnierzyki. Następnego dnia, który przeszedł do historii pod nazwą „Krwawej Soboty”, moja miniaturowa armia w końcu ożyła. * * * Pamiętam wilgotny monsun, wiejący w Szanghaju podczas ostatniej nocy pokoju, zagłuszający odgłosy ognia chińskiego snajpera i odległy huk japońskich dział okrętowych, ostrzeliwujących chińskie baterie nadbrzeżne w Wusung. Kiedy się obudziłem, powietrze było lepkie i gorące. Burza przeszła, a przemyte deszczem miejskie neony świeciły jeszcze jaskrawiej niż zwykle. Rodzice zeszli na śniadanie ubrani w stroje do golfa, ale kiedy kilka minut później odjeżdżali packardem, za kierownicą siedział ojciec, a szofer obok niego. Nie zabrali kijów golfowych. – Jamie, dziś zostaniesz w domu – oświadczył ojciec, patrząc gdzieś poza mnie – jak zawsze, kiedy powodowały nim niezrozumiałe dla mnie racje. – Możesz skończyć Robinsona Crusoe. – Spotkasz Piętaszka i ludożerców. Matka uśmiechnęła się, wydobywając z zanadrza tę atrakcję, ale jej oczy były tak samo bez wyrazu, jak wtedy, kiedy jakiś niemiecki lekarz przejechał na Columbia Road naszego spaniela. Pomyślałem, że może w nocy umarła Olga, ale stała na progu, przyciskając do szyi kołnierz sukni. – Już spotkałem kanibali. – Choć ekscytujące, jednak przygody Robinsona Crusoe zbladły w obliczu prawdziwego dramatu morskiego, który miał się rozegrać na rzece Huangpu. – Nie możemy iść na capstrzyk? David Hunter wybiera się w przyszłym tygodniu... Wojskowy capstrzyk w wykonaniu żołnierzy garnizonu brytyjskiego pełen był huku i błysków bagnetów. Prezentowano najgłośniejsze batalie pierwszej wojny światowej – bitwy pod Mons, Ypres i desant pod Gallipoli. Obawiałem się, że nigdy nie będzie mi dane bliżej zetknąć się z prawdziwą wojną niż podczas owych realistycznych pokazów na capstrzyku. – Zobaczymy, Jamie. Może odwołają capstrzyki. Żołnierze są teraz bardzo zajęci. – Wiem. W takim razie, czy wolno nam będzie pójść na występ Diabelskich Jeźdźców? – Była to trupa amerykańskich szaleńców, którzy taranowali swymi rozklekotanymi fordami i chevroletami drewniane barykady oblane płonącą benzyną. Te emocjonujące kolizje przyćmiewały banalne wypadki zdarzające się na ulicach Szanghaju. – Obiecałeś... – Nie ma już Diabelskich Jeźdźców. Wrócili do Manili. – Przygotowują się do wojny. – Oczami duszy ujrzałem owych małomównych Amerykanów w fantazyjnych goglach i kombinezonach lotniczych, jak w odpowiedzi na salwę z „Izumo” przebijają się przez płonące ściany. – Mogę jechać z wami do klubu golfowego? – Nie! Masz tu zostać z Olgą! Nie będę powtarzał drugi raz... Zauważyłem, że od czasów kłopotów z robotnikami w należącej doń przędzalni bawełny w Pudong, na wschodnim brzegu rzeki, ojciec łatwo się irytuje. Intrygowało mnie, czemu Olga przypatruje mu się tak bacznie, kiedy jest zły. Jej pozbawione na ogół wyrazu spojrzenie stawało się wtedy czujne, podobna mina pojawiała się chyba na mojej twarzy na chwilę przedtem, zanim miałem się rzucić na deser lodowy. Jeden z założycieli związku komunistycznego, który groził ojcu śmiercią, patrzył na niego w identyczny sposób, gdy siedzieliśmy w packardzie przed biurem na Szechuan Road. Bałem się, że Olga chce zabić ojca i go zjeść. – Muszę? Ona cały czas słucha tylko francuskiej muzyki tanecznej. – W takim razie słuchaj razem z nią – wtrąciła się matka. – Olga może nauczyć cię tańczyć. Bałem się takiej perspektywy jeszcze bardziej niż wiecznego pokoju. W dotyku Olgi było coś dziwnie intymnego. Kiedy wieczorem leżałem już w łóżku, czasami rozbierała się w mojej łazience przy lekko uchylonych drzwiach. Później doszedłem do wniosku, iż w ten sposób chciała wmówić sama sobie, że nie istnieję. Moi rodzice nie zdążyli jeszcze wyjechać do klubu golfowego, a już zacząłem kombinować, jak się jej wymknąć. – David powiedział, że Olga... – W porządku! – Poirytowany dzwoniącym telefonem, którego służący bali się odebrać, ojciec ustąpił. – Możesz się zobaczyć z Davidem Hunterem. Ale nie wolno ci iść nigdzie więcej. Czemu bał się Szanghaju? Ojciec był porywczy, lecz łatwo się poddawał, jakby sytuacja na świecie stała się tak niepewna, że nawet moje dziecinne marudzenie posiadało swoją wagę. Był zbyt roztargniony, by bawić się ze mną żołnierzykami, i często patrzył na mnie surowo, a zarazem niespokojnie, zupełnie jak dyrektor szkoły katedralnej spoglądał na chłopców zgromadzonych na poranną modlitwę. Kiedy szedł do samochodu, jego buty golfowe z kolcami zostawiały na żwirowej alejce głębokie ślady, przypominające odciski stóp Robinsona Crusoe, gdy wyznaczał granice swego terytorium. Zanim jeszcze packard skręcił z podjazdu, Olga usiadła na werandzie i zaczęła przeglądać czasopisma matki: „Vogue” i „Saturday Evening Post”. Od czasu do czasu wołała coś do mnie głosem równie odległym, jak dźwięk syren rzecznych boi w Wusung. Przypuszczałem, że wie o moich popołudniowych wyprawach rowerowych do Szanghaju. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że mogę zostać porwany lub obrabowany w jednej z bocznych alejek odchodzących od Bubbling Well Road. Okropieństwa rosyjskiej wojny domowej, a potem długa wędrówka z rodzicami przez Turcję i Irak do tego pozbawionego korzeni miasta u ujścia Jangcy tak osłabiły jej wrażliwość, że nie przejmowała się już, iż pozostawione pod jej opieką dziecko mogłoby zostać zabite. – Jamesie, z kim pozwolił ci się spotkać ojciec? – Z Davidem Hunterem. To mój najlepszy kolega. Wychodzę, Olgo. – Masz tylu najlepszych kolegów. Powiedz mi, kiedy zacznie się wojna. Pomachała mi na do widzenia. Prawdę mówiąc, David był ostatnią osobą w Szanghaju, którą chciałem zobaczyć. W czasie letnich wakacji bawiłem się z kolegami szkolnymi w chowanego; zabawa trwała tygodnie, a jej terenem było całe miasto. Kiedy razem z matką jechałem do Country Clubu albo piłem mrożoną herbatę w cukierni, bez przerwy rozglądałem się za Davidem, który mógł wyrwać się swej amah i przedarłszy się przez tłum klepnąć mnie w ramię. Nasza zabawa sprawiała, że metropolia – i tak wielce osobliwa – stawała się jeszcze bardziej niesamowita i tajemnicza. Wyprowadziłem rower z garażu, zapiąłem bluzę i ruszyłem w dół po podjeździe. Nogi śmigały mi jak miotełki trzepaczki do jaj. Skręciłem w Amherst Avenue i minąłem kolumnę wieśniaków człapiących przez zachodnie przedmieścia. Uciekinierzy z głębi kraju, z terenów objętych walkami, wlekli się aleją zabudowaną wielkimi domami, cały swój nędzny dobytek niosąc na plecach. Zmierzali w stronę odległych wieżowców w centrum Szanghaju, obojętni na wszystko prócz twardej wstęgi asfaltu przed sobą. Nie zwracali najmniejszej uwagi na chromowane błotniki i ogłuszające klaksony buicków i chryslerów, za kierownicami, których siedzieli chińscy szoferzy, próbujący zepchnąć pieszych na pobocze. Stojąc na pedałach przemknąłem obok rikszy załadowanej zrolowanymi matami. Siedziały na nich dwie starsze kobiety, trzymając kurczowo ścianki i dach rozłożonej szopy. Czułem zapach ich ciał, sztywnych od ciężkiej pracy fizycznej, oraz zjełczały pot i głodne oddechy, charakterystyczne dla wszystkich zubożałych chłopów. Nocny deszcz zmoczył czarne, bawełniane koszule i teraz połyskiwały w słońcu niczym kupony najdroższego jedwabiu na ladach domu towarowego Sun Sun, jakby czarodziej-Szanghaj już zaczął przemieniać nędzarzy w bogaczy. Co się z tymi ludźmi stanie? Matka udzielała bardzo wymijających odpowiedzi na temat uciekinierów, ale Olga oświadczyła kiedyś rzeczowym tonem, że większość z nich wkrótce umrze z głodu lub na tyfus w alejkach Czapei. Każdego ranka w drodze do szkoły mijałem ciężarówki należące do władz miejskich Szanghaju; objeżdżały miasto i zbierały setki zwłok Chińczyków zmarłych w nocy. Lubiłem sobie wyobrażać, że tylko starzy ludzie umierają, choć widziałem kiedyś martwego chłopca w moim wieku, siedzącego obok stalowej kraty przy wejściu do biurowca ojca. W białych rękach trzymał pustą puszkę po papierosach, prawdopodobnie ostatni prezent od rodziny, zanim go zostawiła. Żywiłem nadzieję, że inni zostają barmanami i kelnerami, a dziewczyny pracują w lunaparkach. Matka powiedziała, że również ma taką nadzieję. Odpędziłem te myśli i radując się dniem, który miałem przed sobą, dotarłem do Avenue Joffre i długich, obsadzonych drzewami bulwarów koncesji francuskiej, ciągnących się do samego Bundu. Krewcy francuscy żołnierze stali koło obłożonego workami z piaskiem punktu kontrolnego przy pętli tramwajowej. Spoglądali uważnie na puste niebo i spluwali pod nogi mijających ich Chińczyków. Nienawidzili tego okropnego miejsca, dokąd zostali zesłani z drugiego krańca świata. Ja natomiast czułem falę podniecenia, przekraczając granice miasta. W moich oczach, które nie widziały niczego więcej, Szanghaj był snem na jawie, gdzie wszystko, co sobie wyobraziłem, już istniało. Krzykliwe tablice reklamowe i neony nocnych klubów, młodzi chińscy gangsterzy i natarczywi żebracy, obserwujący mnie bystro, kiedy przejeżdżałem rowerem obok nich, stanowili część świata barwniejszego od amerykańskich komiksów i słuchowisk radiowych, które tak ubóstwiałem. Szanghaj wchłonie wszystko, nawet nadciągającą wojnę, bez względu na to, jak gęsty dym walił z kominów okrętowych stojących na rzece Huangpu. Ojciec nazywał Szanghaj najnowocześniejszym miastem świata. Wiedziałem, że pewnego dnia we wszystkich miastach na Ziemi będą stacje radiowe, Diabelscy Jeźdźcy i kasyna. Przed torem wyścigów psów tłumy Chińczyków i Europejczyków przepychały się na widownię, nie przejmując się armiami kuomintangowskimi wokół miasta czekającymi na sygnał do ataku na japoński garnizon. Hazardziści tłoczyli się do punktów, w których przyjmowano zakłady. Wejście do Grand Theatre przy Nanking Road zatarasowali widzowie pragnący obejrzeć najnowszą hollywoodzką komedię muzyczną – „Poszukiwacze złota”. Ale ze wszystkich czarownych miejsc najbardziej zdumiewał mnie wielki lunapark przy alei Edwarda VII, zawierający na swych sześciu piętrach kwintesencję cudów, które miał do zaoferowania Szangahaj. Moi rodzice nie wiedzieli, że szofer często zabierał mnie do tych brudnych i malarycznych grot. Odebrawszy mnie ze szkoły, Jang zazwyczaj parkował wóz przed lunaparkiem, by wykonać jedno z tajemniczych zleceń, które zajmowały mu większą część dnia. Lunapark, przestronne królestwo fajerwerków, światła i dźwięku, pełen był kuglarzy, automatów do gry i śpiewających dziewczyn. W powietrzu unosiły się opary smażonego tłuszczu...
Rozpocznij dyskusję Zgadzam się ( 0 )     Nie zgadzam się ( 0 )   zgłoś nadużycie
Opinia: Pozytywna
Autor: ReklamaEBOOK 488329
Latem 1937 roku każdego popołudnia jeździłem na Bund, by sprawdzić, czy zaczęła się wojna. Zaraz po lunchu czekałem, aż matka i ojciec udadzą się do Country Clubu. Zdumiewało mnie, gdy niespiesznie przebierali się w stroje tenisowe, powoli chodząc po swojej sypialni, że zupełnie się nie przejmują nadciągającą wojną, jakby nieświadomi faktu, iż może wybuchnąć akurat kiedy ojciec będzie wykonywał pierwszy serw. Pamiętam, jak krążyłem tam i z powrotem z napoleońską niecierpliwością siedmiolatka, spoglądając na oddziały żołnierzyków, rozstawionych na dywanie w taki sam sposób, jak armia japońska i chińska wokół Szanghaju. Czasami odnosiłem wrażenie, że przyjdzie mi prowadzić tę wojnę w pojedynkę. Nie zwracając uwagi na śmiech matki zalecającej się do ojca, wpatrywałem się w niebo nad Amherst Avenue. W każdej chwili eskadra japońskich bombowców mogła pojawić się nad domami towarowymi w centrum Szanghaju i zacząć ostrzeliwać szkołę katedralną. Mój dziecięcy umysł nie potrafił wyobrazić sobie, jak długo potrwają walki – kilka minut czy też może nawet całe popołudnie. Dręczyła mnie jedna obawa, że podobnie jak tyle innych podniecających wydarzeń, które mnie ominęły, wojna się skończy, nim zauważę, iż się zaczęła. Przez całe lato wszyscy w Szanghaju mówili o nieuchronnym konflikcie zbrojnym między Chinami i Japonią. Podczas wieczorków brydżowych, organizowanych przez matkę, częstując się drobnymi przekąskami przysłuchiwałem się jej znajomym, rozprawiającym o wymianie strzałów siódmego lipca na moście Marco Polo w Pekinie, oznaczających początek inwazji Japonii na północne Chiny. Minął miesiąc, a Czang Kaj-szek nie zarządził kontrataku. Krążyły plotki, że niemieccy doradcy generalissimusa namawiali go do jak najszybszego opuszczenia północnych prowincji i wydania bitwy Japończykom bliżej twierdzy w Nankinie, stolicy Chin. Jednak przebiegły Czang Kaj-szek postanowił stawić czoło wrogowi koło Szanghaju, trzysta kilometrów od ujścia rzeki Jangcy, gdzie mógł liczyć na pomoc sił amerykańskich i europejskich. Sam widziałem, kiedy pedałowałem na Bund, jak potężne armie chińskie koncentrowały się w pobliżu koncesji międzynarodowej. W piątek, 13 sierpnia, gdy tylko matka i ojciec rozsiedli się z tyłu packarda, wyciągnąłem z garażu rower, dopompowałem opony i wyruszyłem do odległego Bundu. Moja guwernantka Olga, biała Rosjanka, przypuszczała, że udaję się z wizytą do kolegi, Davida Huntera, mieszkającego na zachodnim krańcu Amherst Avenue. Olga, młoda kobieta o dziwnym spojrzeniu i zmiennych humorach, interesowała się jedynie przymierzaniem strojów mojej matki i była nawet zadowolona, że wychodzę z domu. Godzinę później dotarłem na Bund, ale ulice były tak zatłoczone rozgorączkowanymi ludźmi, że nie udało mi się dopchać w pobliże nabrzeża. Popedałowałem dalej, nie żałując dzwonka. Po drodze mijałem zgrzytające tramwaje, riksze i ich zziajanych właścicieli, grupki agresywnych żebraków oraz kieszonkowców. Uciekinierzy z Czapei i Nantao płynęli nieprzerwanym strumieniem do koncesji międzynarodowej, ich wrzaski odbijały się od obojętnych fasad wielkich banków i domów handlowych, stojących wzdłuż Bundu. Tysiące chińskich oddziałów okopało się na północnych przedmieściach Szanghaju, naprzeciwko japońskiego garnizonu w ich koncesji w Jangcypu. Stojąc na stopniach hotelu Cathay – rower dałem do potrzymania portierowi – widziałem okręty na rzece Huangpu. Stały tam brytyjskie niszczyciele, korwety i kanonierki, USS „Augusta”, francuski krążownik i stary japoński okręt „Izumo”, który – wiedziałem to od ojca – miał swój udział w zatapianiu rosyjskiej floty carskiej w 1905 roku. Mimo takiego skoncentrowania sił, tamtego popołudnia wojna nie wybuchła. Rozczarowany, w zmiętej i poplamionej bluzie szkolnej, wróciłem na Amherst Avenue akurat na podwieczorek i ulubioną audycję radiową. Objąłem się rękami za podrapane kolana i spoglądałem na armię ołowianych żołnierzyków. Poprzestawiałem je zgodnie z ostatnimi ruchami prawdziwych oddziałów, zaobserwowanymi podczas jazdy do domu. Nie zwracając uwagi na nawoływania Olgi, próbowałem obmyślić manewr, który ruszyłby sprawę z martwego punktu. Miałem nadzieję, że ojciec, zaprzyjaźniony z jednym z chińskich bankierów popierającym Czang Kaj-szeka, przekaże moje skomplikowane rozwiązania taktyczne generalissimusowi. Udręczony wszystkimi tymi problemami, które okazały się jeszcze trudniejsze od zadań domowych z francuskiego, udałem się do sypialni rodziców. Olga stała przed lustrem matki, zarzuciwszy na ramiona jej etolę. Usiadłem przy toaletce i zacząłem przestawiać szczotki do włosów i flakoniki z perfumami. Guwernantka spojrzała na mnie krzywo, jakbym był nieproszonym gościem, który przybłąkał się z innego domu przy Amherst Avenue. Powiedziałem matce, że Olga grzebie w jej ubraniach, ale tylko się uśmiechnęła i nie zwróciła dziewczynie uwagi. Dopiero później dotarło do mnie, że ta siedemnastoletnia córka niegdyś zamożnej rodziny z Mińska sama była jeszcze nieledwie dzieckiem. Podczas przejażdżek rowerowych doznałem wstrząsu na widok biedy rosyjskich i żydowskich uchodźców mieszkających w dzielnicach domów czynszowych Hongkiu. Ubodzy Chińczycy to jedno, ale nie dawali mi spokoju Europejczycy żyjący w tak opłakanych warunkach. Na ich twarzach malowała się dzika rozpacz, jakiej nigdy nie okazywali Azjaci. Pewnego razu, kiedy mijałem ciemne wejście do czynszówki, przepędziła mnie jakaś stara Rosjanka. Krzyczała, że moi rodzice są złodziejami – przez kilka dni jej wierzyłem. Uciekinierzy stali w swych wyliniałych futrach na schodach hotelu Park, łudząc się, że uda im się sprzedać niemodną biżuterię. Młodsze kobiety miały wymalowane usta i oczy, aby w ten sposób – jak przypuszczałem – poprawić sobie nastrój. Zaczepiały amerykańskich i brytyjskich oficerów wchodzących do hotelu, ale matka nigdy nie chciała mi powiedzieć, co właściwie sprzedają. W końcu wyjaśniła, że dają lekcje francuskiego i rosyjskiego. Wypracowania domowe były zawsze moją piętą achillesową. Wiedząc, że wielu białych Rosjan świetnie zna francuski, spytałem kiedyś Olgę, czy może mi udzielać korepetycji, jak młode kobiety z hotelu Park. Usiadła na łóżku, gdy szukałem czegoś w kieszonkowym słowniku, i potrząsnęła głową wpatrując się we mnie, jak gdybym był egzotycznym stworzeniem z ogrodu zoologicznego. Bojąc się, że zraniłem uczucia dziewczyny aluzją do ubóstwa jej rodziny, dałem Oldze jedną ze swych jedwabnych koszul z prośbą, aby zaniosła ją choremu ojcu. Trzymała koszulę przez całe pięć minut niczym święte szaty używane podczas mszy w szanghajskiej katedrze, a potem oddała mi ją bez jednego słowa. Zauważyłem już, że białe Rosjanki-guwernantki posiadły głębię kobiecej tajemnicy, której matki mych kolegów nawet się nie domyślały. – No i co, Jamesie? – Olga odwiesiła etolę na wieszak i narzuciła na ramiona peniuar mojej matki. – Skończyłeś czytać książkę? Jesteś dziś bardzo niespokojny. – Myślę o wojnie, Olgo. – Codziennie o niej myślisz, Jamesie. Ty i gener